06.10.2013

Być Słoikiem



Od 3 lat krążę między dwoma miastami, od kiedy zachciało mi się studiować. Dwa różne style życia, dwóch różnych miejsc składają się na styl życia Słoika. Choć uwielbiam Wrocław to nie zamieniłabym się z Wrocławiakami, jestem szczęśliwa będąc Słoikiem!

>>Czytaj więcej


Wzięło mnie na wycieczkę 3 lata wstecz, gdy przejeżdżałam tramwajem obok Uniwersytetu Wrocławskiego i widziałam młode uśmiechnięte buźki wystrojone w galowe stroje ze świeżutkimi, pachnącymi drukarnią zielonymi indeksami. Przypomniał mi się październik 2010, kiedy nie opuszczały mnie skrajne emocje związane z mieszkaniem, w mojej skali, dużym mieście. Byłam albo zachwycona swoim nowym życiem i możliwościami albo z utęsknieniem czekałam na weekend, aby pojechać do domu. Przeżyłam pewien szok, bo całe życie mieszkałam w domu pod lasem, we własnym pokoju, prawie jak w pustelni. A przeprowadziłam się do akademika w ruchliwej części Wrocławia, co gorsza z dwoma obcymi osobami w pokoju. Po jakimś pół roku znalazłam balans i zaczęłam doceniać oba miejsca, teraz uważam, że idealnie się uzupełniają. Wrocław sprawia, że czuje, że czas biegnie szybciej, mobilizuje mnie do pracy, motywują mnie poznani ludzie do rozwijania się. Dostaje zastrzyk emocji i inspiracji. Po takim tygodniu marzę o powrocie do Świebodzic, do mojej ukochanej rodziny, spokoju. Tu nabieram dystansu i tu dojrzewają myśli. Tu mam gdzie spacerować, bo mam szczęście mieszkać w pięknej okolicy i przez to trochę traktuję dom jak domek letniskowy.

Miałam zawsze słabość do wszystkiego co odmienne, szczególnie gdy nie rozumiałam dlaczego ludzie chcą sprostać modelom przyjętym przez ogół, mimo, że na prawdę tego nie czują i nie będą przez to szczęśliwsi. We Wrocławiu poznałam ludzi, którzy zupełnie w ramy i modele się nie mieszczą i wcale nie chcą. Utwierdzili mnie, że nie ma sprawdzonych sposobów na spełnienie, tylko są własne, do których trzeba dojść samemu. Mój światopogląd jest wypadkową tych dwóch miejsc i wydaje mi się, że dzięki tym różnym doświadczeniom jestem bliższa określenia tego co sprawia, że mogę czuć się szczęśliwa i we właściwym miejscu.

Po takiej radykalnej zmianie miejsca zamieszkania nie miałabym problemu z przeprowadzeniem się do innego dużego miasta, gdyby zaistniała taka potrzeba. Może to przez to, że wiem, że moje centrum świata jest i tak w Świebodzicach i tam zawsze wracam, a wszystkie inne miejsca, są tylko tymczasowe i żadne nie będzie tak zajebiste jak to, które stworzyli moi rodzice. Chyba, że kiedyś stworze sama takie miejsce...

To czego zazdroszczą koledzy na studiach Słoikom to mieszkanie bez rodziców. Uczymy się życia na nowo. Uczymy się oszczędzać, robić zakupy, obsługiwać pralkę i ważnej sztuki życia z innymi ludźmi. To trudniejsze niż zgodne życie z rodziną, która toleruje nasze dziwactwa i fanaberie. Mnie przeszkadzają ludzie, którzy trzaskają drzwiami, deskami sedesowymi i uderzają naczyniami o blat kuchenny, ale staram się nie denerwować, tłumacząc sobie, że może kogoś denerwują moje beztrosko zostawione na blacie oblizane łyżeczki ;)

Samodzielne życie to prawdziwy egzamin z dojrzałości. Ja wciąż mam problem, żeby go przyzwoicie zaliczyć. Ale dzięki temu doskonale znam swoje wady i słabości. Jestem wdzięczna rodzicom, że wysłali swojego małego słoiczka na studia do dużego miasta, bo to była dobra decyzja.

8 komentarzy:

  1. ja się wyprowadziłam od rodziców, gdy miałam 16 lat, bo wybrałam liceum w innym mieście, i właśnie dopiero we Wrocławiu poczułam, że jest moje miejsce. do rodziców nie jeżdżę zbyt często, mniej więcej raz na kilka miesięcy, bo nie przepadam za moim rodzinnym małym miastem, gdzie kompletnie nie ma co robić (jest jedno kino, basen i pub, na tym koniec atrakcji). wolę, jak rodzina mnie odwiedza. co do usamodzielnienia się to faktycznie, prawdziwy egzamin dojrzałości. ja przez całe liceum byłam strasznie wygodnicka i nawet prania nie robiłam, tylko woziłam je do rodziców (!), jadłam tylko mrożonki albo obiady przywiezione z domu (i to nie był jakiś zapas wałówki, tylko np. pierogi na dwa dni), nic nie umiałam ugotować, nawet nie wiedziałam, że pierogi trzeba odsmażać na małym ogniu :D ale dużo mnie nauczyła taka szybka wyprowadzka i nie żałuję :)

    OdpowiedzUsuń
  2. jestem na podobnym etapie. Przystosowuję się do Wrocławia, ale lubię. Mam wiele wspomnień w tym mieście, większości sa to cudowne wspomnienia :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja słoikowe życie prowadzę już od ponad pięciu lat. Wciąż kursuję między Wrocławiem a Jelenią Górą. Do Jeleniej wracam bardzo często (w końcu to tylko 120 km). Pakuję plecak, do niego prawie zawsze te same przedmioty, a w domu często leży rozpakowany do połowy. Chociaż trochę mnie to męczy, w tym momencie nie mogłabym zdecydować się na jedno miasto. Podobnie jak u Ciebie, Wrocław i Jelenia doskonale się uzupełniają. Jelenia i otaczające ją góry dają mi oddech po pędzącym Wrocławiu, ale to w nim właśnie jest energia, to tu są moi znajomi, tu jest mój ukochany OPT :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wrocław to cudowne miasto!. Będę miała okazję spróbować życia na własną rękę w maju, co prawda tylko na miesiąc ale zawsze coś, wyjeżdżam na praktyki do stolicy :)

    OdpowiedzUsuń
  5. A u mnie zupełnie inaczej. Od przeprowadzki do Krakowa na studia bardzo rzadko jeździłam do domu. A po studiach osiadłam tutaj na stałe. To tu jest moje miejsce i bardzo dobrze mi z tym.

    OdpowiedzUsuń
  6. Przeprowadziłam się do Wrocławia 7 lat temu i chyba po jakichś 3-4 latach zaczęłam na pytanie "skąd jesteś?" odpowiadać "z Wrocławia". Do mojej rodziny mam daleko, 400 km, więc odwiedzam ich co 1,5-2 miesiące. Za to w związku z pracą kursuję na trasie Wrocław-Kraków i... czasem czuję się jakbym żyła pomiedzy, bo z żadnego miasta nie potrafię zrezygnować.

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie wiem czy jestem typowym sloikiem :) choc sloiki (prawdziwe) czasem woze:) Glownie z konfiturami ze wsi w prezencie dla przyjaciol (i siebie) w miescie.
    Od 23 lat nie mieszkam juz w Warszawie, ale gdy mnie ktos pyta skad jestem to czesto zaczynam wyliczanie od Warszawy. Moje "sloikowanie" polega na krazeniu co tydzien miedzy Bruksela (praca) a Paryzem (dom) i wioska kolo hiszpanskiej granicy niedaleko Perpignan (dom i koty)...
    W sumie mam trzy domy i moge sie miedzy nimi przemieszczac z malym bagazem (no chyba ze wioze sloiki lub wino :))
    Wszystko ma swe plusy i minusy, ale jest ciekawie. Do teatru czy na wystawy chodze w Warszawie, Paryzu czy Brukseli. Konfitury zas i wycieczki robie na wsi. W tygodniu pracuje duzo, ale w weekendy o pracy zapominam totalnie.
    No i dzieki podrozowaniu mam czas na pisanie bloga i sortowanie zdjec, bo w pociagu czy samolocie mam wystarczajaco czasu.
    I jestem szczesliwa, ze zyje tu i teraz, w czasach internetu, lowcostow, szybkich kolei (80 minut miedzy Paryzem i Bruksela to przeciez malo).
    Kazdy Sloik to taki nowoczesny nomad, a nomadzi zawsze mieli ciekawe zycie. Moze nawet duzo ciekawsze od tych osiadlych nie-sloikow? :))
    Pozdrawiam was bardzo serdecznie
    Nika

    OdpowiedzUsuń
  8. Przez Ciebie siedzę tu, zamiast wreszcie się wyspać. ;)

    OdpowiedzUsuń